Drukuj

muniek staszczyk Rozmowa z Muńkiem Staszczykiem, współzałożycielem i liderem zespołu T.Love, autorem wielu przebojów, jednym z najpopularniejszych polskich muzyków

Sebastian Czech: Zacznijmy nietypowo, nie od muzyki, tylko piłki nożnej. Należy Pan bowiem do piłkarskich kibiców, a obecny sezon polskiej ekstraklasy jest wyjątkowy przede wszystkim dla fanów Rakowa Częstochowa, który zdobył Puchar Polski i dołączył do ligowej czołówki. Pan pochodzi właśnie z Częstochowy i nadal kibicuje drużynie z rodzinnego miasta, czy jednak bliższa już sercu Legia Warszawa z racji kilkudziesięcioletniego, obecnego miejsca zamieszkania?

Muniek Staszczyk: Wychowywałem się w częstochowskiej dzielnicy Raków, zatem kibicowanie klubowi było czymś naturalnym. Z tym, że za mojej młodości Raków Częstochowa balansował między drugą i trzecią ligą, dlatego nie przeżywaliśmy takich emocji, jak obecnie. Chodziliśmy też z kolegami na żużlowe pojedynki Włókniarza Częstochowa, odnoszącego wówczas spore sukcesy, włącznie ze zdobyciem mistrzostwa Polski. Ale oczywiście, że przywiązanie do barw klubowych pozostało. Dla Rakowa nastały wspaniałe czasy, klub dobrze funkcjonuje pod względem organizacyjnym, mamy znakomitego szkoleniowca Marka Papszuna, zdolną młodzież wspartą doświadczonymi zawodnikami, wszystko działa jak należy. Mam nadzieję, jak każdy zresztą fan Rakowa, na kontynuację wyników, zwłaszcza, że będziemy reprezentować polską ligową piłkę na arenie europejskiej. Raków mam w sercu i zawsze tak pozostanie.

Dorosłe życie spędza Pan już w Warszawie i na stadionie Legii też Pana można spotkać. A Legia z kolei cieszy się z mistrzostwa Polski, więc stwierdzić należy, że kibicowsko sezon 2020/2021 jest wyjątkowy. Dwa bliskie sercu kluby i dwa wielkie triumfy: Raków z Pucharem Polski, Legia zaś z mistrzostwem Polski.
Faktycznie rzadko występują tak szczęśliwe zbiegi okoliczności. Legia rzeczywiście jest mi bliska. Zamieszkałem w Warszawie na stałe, z tym miastem związałem swoje dorosłe życie, zarówno rodzinne, jak i zawodowe. Identyfikuję się z tym miastem i należącą do ścisłej polskiej czołówki Legią. Największy problem mam wtedy, gdy gra Raków z Legią. Chciałbym, żeby obydwie ekipy zwyciężyły, lecz wiadomo, że to niemożliwe. Tym bardziej doceniam obecny sezon, w którym mogę się cieszyć z tytułów obydwu ekip.

Bycie muzykiem i sportowcem ma ze sobą coś wspólnego?
Zarówno muzyk, jak i sportowiec grają dla publiczności. Jedni prezentują się na boisku, czy na parkiecie hali sportowej, drudzy na scenie, między innymi ulokowanej w hali lub na stadionie. Celem jednych i drugich jest wypełnianie trybun i miejsc na widowni, a także wywołanie aplauzu, radości. Wtedy występy dają najwięcej satysfakcji, wywołują najwięcej emocji, dostarczają adrenaliny. Ponadto muzyczna kapela, to też drużyna. My wspólnie tworzymy, odbywamy próby, a sportowcy trenują. Później my jedziemy na koncert, a sportowcy na mecz, turniej, czy zawody. Łączy nas też cel: my chcemy jak najlepiej zagrać koncert, a sportowcy uzyskać jak najlepszy rezultat. I tym samym zjednać sobie przychylność widowni. Ponadto sportowcy i muzycy łączą pasję z zarabianiem na życie, czyli widać ewidentnie, że te dwie profesje łączy wiele.

Z Częstochowy do stolicy przyjechał Pan w 1982 roku na studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, i co bardzo ważne, z dużym jak na 19-latka muzycznym dorobkiem. Uczęszczając do IV LO w Częstochowie przejawiał Pan intensywną muzyczną aktywność, zakładając w roku 1979 zespół Schoolboys, a rok później grupę Opozycja. Wiedział Pan już wtedy, jaki muzyczny gatunek będzie prezentował, jaki będzie przekaz muzyczny, czy bardziej traktował Pan te inicjatywy jako formę zabawy, młodzieńczej przygody?
Schoolboys faktycznie była zabawą. Nie umieliśmy grać, odbyliśmy może dwie próby, nie zaliczyliśmy żadnego występu. Opozycja natomiast stanowiła przedstart do T.Love. Pokazaliśmy się publiczności, w jakiś sposób zaistnieliśmy, ponieważ cieszyliśmy się w Częstochowie popularnością. W 1981 roku wystąpiliśmy jeszcze w Jarocinie, później wprowadzono stan wojenny i Opozycja zakończyła działalność. Miałem wtedy 18 lat.

Początek lat 80-tych, nazwa zespołu Opozycja, wszystko kojarzy się z historycznymi wydarzeniami tamtych czasów, czyli strajkami w sierpniu 1980 i właśnie stanem wojennym. Prawidłowe wyciągam wnioski?
Wszystko było wtedy upolitycznione, należeliśmy do pokolenia rewolucji. Tak się złożyło, że latem 1980 roku przebywałem na Wybrzeżu. Słuchałem wtedy punka, rocka, a kiedy w wieku 17 lat pojechałem na pierwsze wakacje z przyjaciółmi, postanowiliśmy „odwiedzić” kilka festiwali. I nagle wybuchają strajki, a ja jestem w samym centrum wydarzeń. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy, że jednego z najważniejszych w najnowszej historii Polski. Wyczuwało się jednak specyfikę sytuacji. Społeczeństwo łączyło się z protestującymi w zakładach pracy, wszystko wydawało się prawdziwe, naturalne, podniosłe. Dla dzisiejszej młodzieży Sierpień 80 to prehistoria, natomiast ja osobiście należę do szczęśliwców, którzy tę z bliska obserwowali. Nazwę Opozycja zasugerował nam nauczyciel fizyki po szkolnym, licealnym koncercie. Ta nazwa najbardziej pasowała do tamtych czasów i naszej niepokornej muzyki, buntującej się przeciw ówczesnemu systemowi.

Początek 1982 roku to jedna z najważniejszych, bo przełomowych dat w Pańskiej artystycznej karierze. Powstaje wówczas T.Love, który okazał się trwałym projektem, zapewniającym dość szybko miejsce w czołówce polskiego rocka. A zaznaczyć trzeba, że konkurencja wtedy była niemała. Ciężko się było przebić do pierwszego szeregu?
Wymienię tylko Maanam, Oddział Zamknięty, Lady Pank, Dezerter i każdy choć trochę interesujący się muzyką sam określi sobie skalę trudności ówczesnego konkurowania z tymi kapelami. Ponadto nie było tak szerokiego dostępu do środków masowego przekazu, jakimi dysponują współcześni artyści. Liczyła się praktycznie tylko lista przebojów radiowej Trójki i marzeniem każdego zespołu było tam zaistnienie. Jeśli się udało to było naprawdę coś.

muniek staszczyk 1

Doświadczenia z wcześniejszych zespołów pomogły w początkowej działalności T.Love?
I to bardzo. Opozycja zapewniła nam pewną rozpoznawalność w Częstochowie, pokazaliśmy się w Jarocinie, więc zakładając T.Love do całkowitych debiutantów nie należałem.

Ale do jednych z najmłodszych liderów kapel zdecydowanie tak. Początek stanu wojennego, klasa maturalna, stres związany z majowym egzaminem dojrzałości, zespół, nie przytłaczała Pana tamta rzeczywistość?
Kiedy usłyszałem o wprowadzeniu stanu wojennego chciałem koniecznie wyrazić swoje emocje, wypowiedzieć się poprzez muzyczne utwory, przedstawić swoje poglądy na trudne, ówczesne tematy. Namówiłem swoich kolegów z ogólniaka: Janusza Knorowskiego, Dariusza Zająca, Jacka Wudeckiego i tak się zaczęła historia T.Love.

Działalność zespołu udało pogodzić się z nauką. Zdał Pan maturę i dostał się na filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Pisanie tekstów piosenek koresponduje z polonistycznymi studiami, czyli decyzja o kontynuacji edukacji na tym kierunku była przemyślana.
Zawsze miałem humanistyczne zacięcie, wcześnie zacząłem pisać wierszyki, lubiłem czytać. Ponadto uczyli mnie mądrzy poloniści, zarówno w szkole podstawowej, jak i liceum. W tej dziedzinie czułem się dobrze, a poza tym wielkiej alternatywy nie miałem, ponieważ nauka przedmiotów ścisłych nie wchodziła w rachubę.

Warszawa otwierała nowe możliwości muzyczne?
Od początku wiedziałem, że Warszawa to doskonałe miejsce dla muzyki punk-rockowej. Poza tym zawsze darzyłem to miasto sentymentem. Może ze względu na jego historię, w wielu przypadkach tragiczną, wymagającą poświęcenia mieszkańców, jak dla mnie bardzo ciekawą, wręcz fascynującą. Wybór okazał się trafiony, bo naprawdę dobrze mi się tu żyje.

Dał Pan temu wyraz w utworze „Warszawa”, śpiewając między innymi „Kocham to miasto zmęczone, jak ja”.
Moja żona jest warszawianką, tutaj urodziła się dwójka naszych dzieci, wreszcie w przyszłym roku minie 40 lat od kiedy w stolicy zamieszkałem. Emocjonalnie jestem też związany z Częstochową. Tam spędziłem dzieciństwo, a wiadomo, że zawsze do tych czasów wracamy, wspominamy je z sentymentem. Ponadto żyją tam moi rodzice, w sędziwym już wieku, których odwiedzam. Kocham obydwa miasta. Warszawiakiem jestem z wyboru, a częstochowianinem rodowitym.

„Warszawę” pozytywnie zrecenzowała sama Agnieszka Osiecka. Taka opinia chyba jeszcze bardziej podniosła prestiż zarówno Pana twórczości, jak i całego zespołu?
Faktycznie tak było. Osiecka skomentowała utwór w Radiu Zet podczas rozmowy na temat między innymi polskiego rocka. Określiła tekst piosenki jako świetny i fantastyczny, co oczywiście zrobiło na nas olbrzymie wrażenie. Agnieszka Osiecka należy do najwybitniejszych polskich autorek wielu przebojów, zatem jej stwierdzenie bardzo pozytywnie na mnie i na zespół wpłynęło.

W ogóle „Warszawę” można uznać za utwór przełomowy. Po reaktywacji zespołu, ówczesnej wymianie muzyków w T.Love, zapewniła wam mocne wejście w lata 90-te, zwiastowała sukcesy odnoszone praktycznie przez całą dekadę.
Rzeczywiście po moim powrocie z Anglii, gdzie przebywałem w celach zarobkowych, rocznej przerwie w występach i kadrowej rewolucji, ponieważ ze starego składu zostałem tylko ja, T.Love zaczął szybko piąć się po szczeblach popularności. Nasze utwory, takie jak już wspomniana „Warszawa”, a następnie „I love you”, „Chłopaki nie płaczą”, „King” plasowały się w ścisłej czołówce list przebojów. Odeszliśmy od punka, zmieniliśmy styl, bardziej go urozmaicając, dzięki czemu pozyskaliśmy dużą grupę nowych fanów. Sprzedawały się płyty, koncerty przyciągały tłumy, zaczęliśmy grać zawodowo, całkiem nieźle na muzyce zarabiać.

W połowie lat 90-tych wraz z Andrzejem Zeńczewskim założył Pan kapelę Szwagierkolaska, również odnoszącą wielkie sukcesy. Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie, T.Love nie wystarczał?
Z Andrzejem, gitarzystą i moim przyjacielem, w przeszłości muzykiem T.Love, chcieliśmy przypomnieć stare warszawskie piosenki z pierwszej połowy XX wieku śpiewane przez Stanisława Grzesiuka. W nowych aranżacjach, w stylach współczesnych, trochę rockowym, trochę reggae, i oczywiście folkowym. Nie spodziewałem się tak wielkiego sukcesu. Płyta „Luksus” sprzedała się w liczbie 250 tysięcy egzemplarzy, zyskała miano platynowej, a utwór „U cioci na imieninach” znali wszyscy. Doszło wtedy do przesilenia, po prostu poczułem się zmęczony. Popularność bywa oczywiście przyjemna, jednak ilość koncertów zaczęła dawać się we znaki. Pędziliśmy z miejscowości do miejscowości, i choć byłem ponad 20 lat młodszy, po prostu zacząłem nie wyrabiać. Wydaliśmy jeszcze jako grupa Szwagierkolaska płytę „Kicha”, ale nie cieszyła się już ona takim powodzeniem, jak pierwsza. Uważam, że udało się przywrócić duch warszawskich ulicznych piosenek sprzed wojny, a tym samym Szwagierkolaska wypełnił swoją misję.

To nie był jedyny projekt równoległy do działalności w T.Love. Przykładowo w połowie lat dwutysięcznych zaśpiewał Pan w duecie z Krzysztofem Krawczykiem utwór „Lekarze dusz”. Znaczące to wydarzenie w Pańskiej karierze, może bardziej inspirujące, nobilitujące?
Poznaliśmy się z Krzysztofem na koncercie w Sali Kongresowej i od razu zawiązała się między nami nić porozumienia, sympatii, a następnie rozpoczęliśmy współpracę. Najpierw napisałem tekst na jeden z jego albumów, później natomiast stworzyliśmy duet, śpiewając „Lekarze dusz”. Spotkaliśmy się również kilkakrotnie prywatnie, nawet zostaliśmy zaproszeni całym zespołem do Krzysztofa na obiad w jego domu pod Łodzią. Krzysztofa cechowała otwartość, serdeczność, także naprawdę aż nie chciało się kończyć biesiady. „Lekarze dusz” naprawdę nam wyszedł, każdy z nas zachował swój styl, i moim zdaniem, wszystko było w porządku. Po latach jestem dumny z tej współpracy.

muniek staszczyk 3Po niedawnej śmierci Krzysztofa Krawczyka wielu artystów wspominało ikonę rodzimej piosenki. Pan jakie ma o nim zdanie na podstawie ówczesnej współpracy. To był faktycznie taki „lekarz dusz” jak twierdzą niektórzy, kontakt z nim pozytywnie wpływał na człowieka?
Był po prostu dobrym człowiekiem, kolegą, który nigdy nie zawiódł. Zawsze z uwagą słuchał co się do niego mówiło, o czym przekonałem się na własnej skórze. Na jednym ze spotkań pochwaliłem perfumy jakich używał, naprawdę pachniały rewelacyjnie. Po pewnym czasie Krzysztof mówi mi, że ma dla mnie w prezencie właśnie perfumy, które tak mi się spodobały. Zdziwiłem się, że w ogóle o tym pamiętał. Właśnie po takich gestach poznaje się gościa z najwyższej półki. Facet z klasą, który zapisał się w historii polskiej muzyki, zdolny do zaśpiewania każdego stylu i typu muzyki.

Wspomniany utwór „Lekarze dusz” znalazł się na płycie Krawczyka „To co w życiu ważne” i w tytułowej piosence znalazł się następujący wers „przeżył wszystko o czym marzysz, każdą z chwil”. Pan identyfikuje się z tym przekazem, należy Pan do szczęśliwców, którzy przeżyli o czym marzyli?
Od lat szkolnych słuchałem muzyki, fascynowałem się nią, a rakieta do badmintona służyła mi za gitarę, na której niby grałem przed lustrem. Gdzieś tam w głowie kiełkowały myśli, a z czasem marzenia, żeby kiedyś nauczyć się posługiwać prawdziwą i występować na scenie przed publicznością. Mogę więc powiedzieć, że moje marzenia się spełniły, dlatego zaliczam się do ludzi szczęśliwych, zadowolonych ze swojego życia. Poza tym ułożyło mi się życie prywatne, jestem żonaty, mamy dwójkę dorosłych dzieci, nie mam prawa na nic narzekać.

Na początku 2018 zawiesił Pan działalność T.Love. Z perspektywy kilku lat uważa Pan, że dobra to była decyzja?
Nawet los potwierdził słuszność tej decyzji, ponieważ w lecie 2019 roku przeszedłem udar, później przyszła pandemia, zatem przez jakiś czas zespół i tak by nie funkcjonował. Ale rzeczywiście przyszedł czas, żeby odpocząć od tego życia na 200 procent oraz od przedsiębiorstwa, jakim stał się już T.Love. Czasami tak bywa, że człowiek musi się zresetować, odłożyć na półkę terminarz z zapisanymi datami koncertów, ogarnąć to wszystko na spokojnie, przemyśleć pewne sprawy, pożyć bez nadmiaru adrenaliny. Ze zdrowiem jest już w porządku, przerwa korzystnie wpłynęła na moje życie, więc mogę powiedzieć, że nastał czas reaktywacji T.Love. Pracujemy obecnie w składzie z płyty „King”, planujemy wydać nowy album i w roku 2022 wznowić działalność. Termin jest idealny, ponieważ w 2022 roku obchodzimy 40-lecie założenia T.Love. Kawał czasu, i najważniejsze, że niezmarnowanego czasu, który będziemy chcieli maksymalnie wydłużyć. Mam nadzieję, że nam się to uda. Zatem do zobaczenia na koncertach od przyszłego roku.

Na koniec zapytam o Pańskie powiązania z Podkarpaciem, Bieszczadami, czy ziemią brzozowską. Często Pan tutaj bywa, może ma znajomych, z którymi utrzymuje relacje?
W przeszłości jak najbardziej przyjeżdżałem w Bieszczady, wywożąc z tego urokliwego miejsca jak najlepsze wspomnienia. Zapamiętałem przede wszystkim pobyty w Terce, gdzie czułem się naprawdę znakomicie. Delektowanie się spokojem, podziwianie otwartych przestrzeni w malowniczej scenerii, widokami niespotykanymi w innych regionach wyjątkowo mi służyło. Ponadto znałem się z Siczką z KSU, więc mogliśmy się spotkać na gruncie towarzysko-zawodowym. Z ziemi brzozowskiej koleżeńskie relacje utrzymuję z Wieśkiem Marchlem, z którym poznaliśmy się na studiach na Uniwersytecie Warszawskim. Mieszkaliśmy w jednym akademiku, zakolegowaliśmy i do dzisiaj mamy kontakt. Pozdrawiam wszystkich mieszkańców. Dawno w Bieszczadach nie grałem, więc być może w przyszłości jedna z tras poprowadzi w tym kierunku.

Rozmawiał Sebastian Czech