Terapeuta duchowy

Ksiądz Stanisław Zarych, urodzony w Bliznem, a następnie posługujący w Przemyślu i przez dziesięciolecia związany z ruchem trzeźwościowym oraz grupami Anonimowych Alkoholików nie oceniał, nie szufladkował ludzi, nie odbierał szansy na poprawę, nie skazywał na niedolę życia w alkoholowym nałogu. Rozumiał, próbował odmienić człowieczy los, podejmował kolejne starania, czasami wręcz wydzierał uzależnionych ze szponów nałogu. Podnosił leżących w upojeniu z prawdziwego rynsztoka, a później wyprowadzał na prostą. Czynił to z pasją, determinacją, uszczęśliwiał go każdy przypadek wyleczenia. Ponieważ zależało mu na ludziach, na ich życiu. Zwłaszcza tych pobłądzonych, zapętlonych w codziennym piciu. Którym straconego czasu przywrócić już nie mógł, ale zapewnić godną kontynuację życia jak najbardziej. A skoro tak, to robił wszystko, żeby niezwykle szczytny cel zrealizować. Niełatwy, wszak walka z uzależnieniem alkoholowym nie kończy się na osobistym postanowieniu odstawienia trunków pod różną postacią. Ważny to rzecz jasna aspekt batalii, jednakże niejedyny. Organizm bowiem odzwyczajony od funkcjonowania bez „wspomagaczy” domaga się ich obecności. W tym momencie alkoholik staje do bezpośredniego boju. Jak nie poddać się słabościom, jak nie sięgnąć po piwo, wino, czy wódkę. Jednych w wytrwaniu wspiera terapia psychiatryczna, psychologiczna, innych duchowa, czyli wiara. Tę właśnie zapewniał ksiądz Stanisław Zarych.

Jako się rzekło, kapłan urodził się w Bliznem, a dokładnie 18 listopada 1922 roku. Po studiach na Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu, 19 czerwca 1949 roku otrzymał święcenia, a już 10 lat później związał się z Duszpasterstwem Trzeźwości. I pracował w nim praktycznie do końca życia, a zmarł 17 listopada 2015 roku w wieku 93 lat. Spoczął na Cmentarzu Głównym w Przemyślu. – Ksiądz Zarych działał na człowieka pozytywnie, kojąco. Miał w sobie jakąś siłę, naturalną dobroć, zachęcał do słuchania, rozmawiania z nim. Każdego traktował indywidualnie, nastawiał się życzliwie, pocieszał, że wszystko zakończy się pomyślnie. Takie podejście dodawało otuchy, optymizmu, chciało się walczyć, człowieka przepełniała nadzieja, że zdoła odmienić swoje życie, że wróci do normalności. Po prostu dobry człowiek, któremu wielu zawdzięcza wyjście z nałogu – mówi Józef z Brzozowa, przez wiele lat borykający się z problemem alkoholowym, dzisiaj trzeźwy od 26 lat.  „Jeśli widzisz, że brat twój upada podźwignij go, a nie pozostaw w zagrożeniu. I chociaż jest to trudne zadanie, bo zdarza się, że ten brat leci nam przez ręce, to nie wolno go opuścić. Bo sam Chrystus zawierza nam każdego z naszych braci”, takie między innymi słowa kierował do wiernych św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w roku 1979. Ksiądz Stanisław Zarych stosował się do powyższej sentencji w sensie dosłownym. – Zauważył kiedyś w Przemyślu gościa leżącego pod ławką, pijanego w sztok. Nie przeszedł obojętnie, nie pozostawił samego sobie. Podszedł, zaczął podnosić, przeciągać na ławkę. Pomogła mu przechodząca obok kobieta, od której ksiądz Zarych również wyczuł woń alkoholu, więc zachęcił ją do skorzystania z terapii i do uczestnictwa w spotkaniach rekolekcyjnych. Kobieta zaproszenie przyjęła i żyje w trzeźwości od wielu lat – przytacza przykład Józef z Brzozowa.

Wedle słów biskupa Tadeusza Bronakowskiego, przewodniczącego zespołu Komisji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości i Osób Uzależnionych, człowiek uzależniony stawia alkohol w centrum swojego życia. Nie wyobraża sobie, że bez alkoholu można żyć i być szczęśliwym. Wszystko inne, włącznie z rodziną przestaje być dla niego ważne. – Dokładnie tak jest. Wstajesz rano i myślisz o alkoholu. Ja na dzień dobry wypijałem 3 piwa, po dotarciu do pracy kolejne 3, koło południa następne i po powrocie do domu znowu. Dziennie między 15, a 20. Radziłem sobie z obowiązkami zawodowymi, ponieważ sporo prac wykonywałem na zewnątrz, coś na wzór pracownika gospodarczego. Część osób na pewno czuła ode mnie piwo, ale w godzinach pracy cały czas aktywnie działałem, bo głowę miałem w miarę odporną na działanie alkoholu, więc jakoś się to wszystko kręciło. W pewnym momencie jednak zorientowałem się, że muszę pić, nie mogę bez alkoholu funkcjonować. Rozluźniły się rodzinne więzy, zaczęło przybywać problemów. Pojawiły się wyrzuty sumienia, ale alkohol cały czas był górą. Poczułem bezsilność, wiedziałem, że sprawy zaszły za daleko. Poszedłem do terapeutki, która zaproponowała mi jednoczesne uczestnictwo w spotkaniach z księdzem Stanisławem Zarychem, prowadzącym rekolekcje dla uzależnionych. Zgodziłem się i nie pożałowałem. To był przełomowy czas w moim życiu. Przestałem pić dokładnie 17 listopada 2000 roku – wspomina Pan Józef.

Codzienność zaczęła się zmieniać na lepsze. Komunikacja w rodzinie powróciła, notoryczne zamroczenie ustępowało miejsca normalnemu myśleniu, zdrowy rozsądek zdecydowanie wypierał otępienie spowodowane nadużywaniem. Wewnętrzny spokój zapanował nad wahaniem nastrojów, negatywnymi emocjami. Bo alkohol nie rozluźnia na dłuższy dystans, tylko w pierwszym etapie, trwającym naprawdę niedługo. Później po upojeniu euforia mija, a najczęściej przychodzi gniew i awantury, które ścierpieć muszą oczywiście najbliżsi. – Byłem świadkiem, jak ksiądz Zarych spowiadał mężczyznę jednoznacznie wciętego, który nic tylko na wszystko i wszystkich narzekał, obwiniał. Słyszałem, bo podnosił głos. Cały świat winny, tylko nie on. Klasyczne myślenie alkoholika. Odsunąć fakty jak najdalej, a przyjąć postawę agresywną, obarczającą otoczenie odpowiedzialnością za picie. Ale zaimponowało mi podejście kapłana. Wyczekał, przemilczał, nie wchodził w słowo, nie wytrącał z transu, nie przeszkadzał w wynurzeniach. Przytakiwał. Później powiedział swoje i zaprosił delikwenta na rozmowę i spotkanie w grupie AA oraz na rekolekcje. Terapia przyniosła skutek i facet nie pije do dzisiaj. Ksiądz Stanisław uspokajał, inspirował, przekonywał. Nie moralizował, tylko argumentował. Mówił wprost w jakiej sytuacji jesteś, do czego to może doprowadzić, że siła woli, wiara, odpowiednie nastawienie naprawdę mogą pomóc – zaznacza Pan Józef.

Kapłan terapeuta zwracał się do wszystkich per „bracie”. Bo tak traktował znajomych, próbujących wyjść z nałogu, praktycznie każdego. I to nie było puste słowo, slogan używany często w międzyludzkich relacjach. Dla niego brat znaczył brat. Człowiek, którego należy za wszelką cenę wesprzeć, zwłaszcza jeśli w rozterce, rozbiciu, rozdarciu, poczuciu beznadziei. Po prostu przywrócić społeczeństwu. – Potrafił dotrzeć do wnętrza alkoholika. Skłonić do refleksji, a to naprawdę nie należy do prostych zadań. Uświadomić powagę sytuacji komuś pozbawionemu racjonalności to wielkie wyzwanie, sztuka psychologii, przykład głębokiej duchowości. Uzmysłowić skalę tragedii komuś nieświadomemu, przez większość czasu upojonemu, to prawdziwy dar. Nie każdy sobie z tym poradzi, nawet profesjonalny terapeuta, psycholog, czy psychiatra. Wytłumaczyć alkoholikowi, że czas pędzi, życie szybko mija, im dłużej będzie pił tym trudniej o odwrócenie pewnych procesów uzależniających, to naprawdę niezwykła mądrość i umiejętność. Powiedz alkoholikowi, że jest alkoholikiem, to cię wyśmieje albo zaatakuje. Że się czepiasz, że on tylko sobie czasami coś tam wypije, że ogólnie okej. Przekonaj alkoholika do terapii, a jeszcze pomóż mu wyjść z nałogu, to coś niesamowitego. Takim właśnie kapłanem, terapeutą, człowiekiem był ksiądz Stanisław Zarych. Pomógł innym w potwornym problemie, wielu wyprowadził na prostą, dał drugie życie. Darzymy go szacunkiem i wdzięcznością. Zasłużył na to jak mało kto – kontynuuje Józef z Brzozowa.

Zaiste namówić uzależnionego na odwyk to osiągnięcie, ale równie dużym wyzwaniem jest utrzymanie alkoholika w trzeźwości po przebytej terapii. Wszak niezależnie od czasu trwania w abstynencji codzienność to walka. – Nie ma gwarancji trzeźwości, co też charakterystyczne w temacie uzależnienia. Nie piję 26 lat, ale traktuję abstynencję w czasie teraźniejszym. Dzisiaj jestem trzeźwy i na tym się skupiam. Kładąc się spać dziękuję Bogu za dzień w trzeźwości, budząc natomiast proszę o kolejny. Silną wolę cały czas musimy mieć, to swoista notoryczna mobilizacja w tym względzie, stała czujność. Nie ma nic pewnego. To nic, że nie pijesz 10, 20, 30 lat, cały czas musisz się pilnować. Oczywiście inny to już etap terapii, bo do najtrudniejszych należy początkowy. Głód straszny, myśli kołatają, marzeniem choćby jedno piwo. Nie wolno jednak ulegać pokusie, bo wszelkie dotychczasowe starania legną w gruzach. Nie ma żadnej furtki, nie pijesz i już. Kończysz z tym definitywnie, a nie tłumaczenie, że coś tam łyknę na urodziny, delikatnie na imieniny, absolutnie. Takie podejście całkowicie dyskwalifikuje, bo wcześniej, czy później zacznie się od nowa, na pełny zegar. W przypadku alkoholizmu stawka jest zero jedynkowa. Wszystko albo nic. Ruszasz w nowe, lepsze życie albo zatracasz w marazmie. Znałem takich, co po dłuższej abstynencji wypili tak zwanego jednego i kolejnej próby zerwania z nałogiem już nie doczekali. Bo o takich sytuacjach, przykrych i tragicznych, też trzeba wspomnieć. Nie wszystko kończy się szczęśliwie, taka jest rzeczywistość. Dlatego tak nieoceniona była rola księdza Stanisława Zarycha, polegająca na skutecznym wspieraniu naprawdę sporej grupy alkoholików. Gdyby nie jego podejście i pomoc, wielu z nas pewnie nie przetrwałaby w trzeźwości – dowodzi Pan Józef.

Ksiądz Stanisław Zarych wykładał w przemyskim seminarium, interesował się historią. W latach 80-tych współpracował w Przemyślu z zespołem historyków. – Miałem zaszczyt należeć do tej grupy i brać udział w spotkaniach z księdzem Zarychem, dotyczących wydawnictw książkowych o historii kościoła, ciekawych ludziach, odgrywających ważną rolę w regionie, czy żołnierzach Armii Krajowej. Rozmawialiśmy oczywiście też o jego działalności w ruchu trzeźwościowym, cieszył się wielkim autorytetem w różnych grupach społecznych. Uchodził za człowieka życzliwego, pracowitego, skutecznego, zaangażowanego w każdy realizowany przez siebie projekt – potwierdził Jerzy Ferdynand  Adamski, były dyrektor Muzeum Regionalnego w Brzozowie, znający przez lata księdza Stanisława. Istotnie dla kapłana wszystko było ważne, wszystkie instytucje, w których pracował. Z taką samą energią, solidnością podchodził do obowiązków w seminarium, parafii, kole historyków, czy oczywiście w ruchu trzeźwościowym. Nie było spraw ważniejszych i mniej ważnych. Do każdej należało się przyłożyć, poświęcić jej maksymalną uwagę. Identycznie traktował ludzi. Nie było tych ze świecznika i marginesu, bogatych i biednych, lepszych i gorszych. Wyznawał zasadę podstawową: człowiek to człowiek i po dyskusji. – Byłem świadkiem, jak ksiądz Stanisław potraktował żebrzącego. Nikt się zapewne nie zdziwi, że przekazał mu pewną kwotę i życzył zdrowia. Ktoś z obecnych koło księdza powiedział, że pieniądze zapewne zostaną przeznaczone na zakup alkoholu, ale kapłan nie przyjął tego do wiadomości. Odpowiedział w swoim stylu: a skąd to wiesz, zwrócił się do rozmówcy. Skąd masz pewność, że nie kupi chleba, czy czegoś innego do jedzenia – przywołał kolejną szlachetną postawę księdza Zarycha Pan Józef z Brzozowa.

Po prostu ufał ludziom. Otaczał ich autentyczną troską, stanowił dla potrzebujących prawdziwą ostoję, gwarancję orędownictwa. Jego autentyczność wyjątkowo pozytywnie wpływała na walczących z nałogiem. Czuli, że mu zależy na każdym z nich osobno. Zdawali sobie sprawę, że mało kto doda im tyle siły. Wiedzieli, że jeśli przy nim nie pokonają nałogu, to przy kimś innym będzie jeszcze trudniej. Albo teraz, albo nigdy, uświadomiło sobie wielu. Niektórzy zmagali się dla siebie i dla niego. Wszak obdarzył ich zaufaniem, zaś Anonimowi Alkoholicy i ich rodziny ofiarowali wdzięczność. Na jej dowód ufundowali i odsłonili obelisk oraz tablicę upamiętniającą Księdza Dr Prałata Stanisława Zarycha. Monument usytuowali na Górze Św. Michała w Bliznem. Zatem kapłan w sposób symboliczny powrócił tam, skąd powędrował w świat. Gdzie zaczęło się wartościowe i długie życie. Nieocenione, bo ratujące mnóstwo ludzkich istnień.

Sebastian Czech

Content | Menu | Access panel